maj 19, 2009 @ 7:57 pm
· Zamieszczone w kategoriach DORADCA ŻYCIOWY i ZDROWOTNY, Jezus Chrystus, UZDROWICIEL i JASNOWIDZ ·Otagowane ale współczesny Jezus nie pęka, bo on wie swoje., co z właściwą sobie przenikliwością rozszyfrował i docenił szczerą rozmową..., Innymi słowy: prześladują człowieka podobnymi metodami, jak jego pierwowzór, JEZUS OBJAWIŁ SIĘ W OPOLU, Udało nam się namówić go na wywiad dla „FiM”. Pojechaliśmy bez żadnych ukrytych za pazuchą gadżetów elektronicznych

JEZUS OBJAWIŁ SIĘ W OPOLU
Jezus Chrystus przebywa obecnie w Opolu.
Tu mieszka i pracuje, czyli uzdrawia, naucza oraz przemawia w imieniu Boga Ojca, głosząc „Przesłanie Prawdy”.
Jest – jak zapewnia – wcieleniem dokładnie tego samego Jezusa, który zginął na krzyżu przed 2 tysiącami lat, a później wiadomo… Stwórca przysłał go z powrotem na ziemię w cielesnej powłoce Romualda Statkiewicza – człowieka coraz bardziej już w Polsce popularnego. Zawdzięcza tę reklamę przede wszystkim mediom i specjalistom z kat. Kościoła, bowiem ci ani na chwilę nie spuszczają go z oka:
-
przychodzili do niego z ukrytymi kamerami reporterzy Polsatu (program „Interwencja”) i TVP 2 („Ekspres reporterów”), żeby chyłkiem nagrywać odpłatne „seanse lecznicze” zaspokajające jego skromne (raptem 100 zł za wizytę z uzdrowieniem) potrzeby życiowe;
-
Radio Opole nadawało dramatyczne ostrzeżenia „przed człowiekiem, który prawdopodobnie stworzył zalążek nowej sekty religijnej”;
-
„Gazeta Polska” oddała swoje łamy wielebnym z Dominikańskiego Ośrodka Informacji o Sektach Nowych Ruchach Religijnych, drącym szaty z powodu „niebezpiecznej działalności” głoszącego herezje konkurenta, któremu udało się już skupić wokół siebie „grupkę ślepo mu ufających ludzi”.
Innymi słowy: prześladują człowieka podobnymi metodami, jak jego pierwowzór, ale współczesny Jezus nie pęka, bo on wie swoje.
Udało nam się namówić go na wywiad dla „FiM”. Pojechaliśmy bez żadnych ukrytych za pazuchą gadżetów elektronicznych, co z właściwą sobie przenikliwością rozszyfrował i docenił szczerą rozmową…
Urzęduje w nader skromnym (no bo jakżeby inaczej) mieszkanku na jednym z opolskich osiedli. Już przy wejściu popełniliśmy małe faux pas, usiłując przywitać się z nim tak, jak ze zwykłym śmiertelnikiem.
– Nie mogę ryzykować podawania każdemu dłoni, bowiem złe siły mogłyby przejść na mnie i osłabić – grzecznie tłumaczy odmowę „przybicia piątki”.
Pytamy, jak należy się doń zwracać, żeby nie obrazić protokołu: panie Jezusie, czy może wystarczy panie Romualdzie?
– Tak jak czujecie. Jestem faktycznie Jezusem Chrystusem, Synem Bożym, a tzw. Romuald Statkiewicz to tylko naczynie, które służy Stwórcy i jest jedynym połączeniem Światła z ziemią – odpowiada.
Przed rozmową proponuje do wyboru herbatę, kawę lub wodę. Decydujemy się na wodę, co on jakby z góry przewidział:
– Dobrze się składa, bo akurat nie mam ani herbaty, ani kawy – przyznaje.
Przynosi z kuchni kubek „kranówki”, zasiada pod magicznym symbolem równoramiennego krzyża i rozpoczynamy…
– Urodziłem się powtórnie 30 kwietnia 1962 r. w Grodkowie (woj. opolskie – dop. red.). Tam skończyłem szkołę podstawową i technikum, później studiowałem w Wyższej Szkole Oficerskiej Wojsk Obrony Przeciwlotniczej w Koszalinie.
Odbyłem następnie 9-miesięczny kurs w Mińsku Mazowieckim, skąd – już jako oficer kontrwywiadu – zostałem skierowany w 1988 r. do Wrocławia, gdzie ochraniałem lotnisko.
Po pięciu latach służby zrezygnowałem i odszedłem z wojska.
Pan Jezus niechętnie przyznaje, że „tzw. Romuald Statkiewicz” był kiedyś żonaty, ale nie chce o tym rozmawiać.
– Rodzina nie potrafiła zrozumieć mojej misji – kwituje temat rozstania z najbliższymi.
Po zdjęciu munduru imał się różnych zajęć, które nazywa prywatnym biznesem.
– Ale cały czas szukałem też dróg dojścia do Prawdy. Dwa lata jogi, różne inne kursy… Z czasem zacząłem zauważać, że ludzie inaczej się czują, gdy przebywają w moim otoczeniu. Ilekroć ktoś się zgłaszał ze swoimi problemami, doskonale wiedziałem, jak mu pomóc, bo przecież mój duch już miał kiedyś podobną sytuację. Akumulator nie od razu się ładuje i dopiero po 7 latach świadomej transformacji udało mi się zbudować wewnętrzną harmonię pomiędzy rozumem, czyli mózgiem przednim, a duchem – mózgiem tylnym. Dopiero wtedy zacząłem wyraźnie widzieć obrazy i poznałem całą prawdę o sobie, że jestem Jezusem Chrystusem, Synem Bożym.
A jak to było dwa tysiące lat temu?
– Moim biologicznym ziemskim ojcem był Kreolus, setnik rzymski. Nie zdążył uznać mnie swoim synem, bo po kilku romantycznych spotkaniach z matką musiał wyjechać i wrócił do Nazaretu dopiero po moim narodzeniu, gdy Maria pojechała już z poślubionym kilka miesięcy wcześniej Józefem do Betlejem, żeby zarejestrować noworodka. Byłem normalnym dzieckiem, później młodzieńcem pracującym w warsztacie stolarskim i dopiero Jan Chrzciciel rozpoznał, że jestem Synem Bożym – wyjaśnia Jezus.
Gdy pytamy o głoszone wówczas nauki i dokonywane cuda, odpowiada:
– Miałem 12 uczniów, ale niezbyt dobrze kumali, co mówiłem.
Dopiero po moim ukrzyżowaniu przeszli oczyszczenie duchowe i przekazywali w miarę wiernie moje słowa.
Niestety, im dalej było od źródła, tym bardziej słowa Prawdy wypływały nielogiczne – zauważa.
I jaki mamy z tego dzisiaj efekt?
– Biblia jest w znacznej części zafałszowana, bo jeszcze za życia kronikarze zmieniali i przekręcali moje słowa, a następne pokolenia doklejały takie głupstwa, że lepiej Kaczora Donalda obejrzeć, niż czytać te wszystkie historyjki, które na mój temat powypisywano. Nie robiłem żadnych magicznych sztuczek, tylko przekazywałem ludziom Słowo Boże. Gdy np. mówiłem o chlebie, miałem na myśli pokarm duchowy, a ktoś później puścił w świat, że tej nocy, kiedy zostałem zdradzony, łamałem chleb, mówiąc uczniom, że to jest moje ciało. Albo weźmy ten pierwszy „cud w Kanie Galilejskiej”, gdzie byłem wraz z apostołami na godach weselnych i miałem tam rzekomo zamienić wodę w wino. Bzdura, bo faktycznie chodziło o to, że wino tradycyjnie pili tylko państwo młodzi oraz rodzina, natomiast służba musiała zadowolić się wodą. Powiedziałem więc gospodarzom, żeby z okazji mojej obecności wszystkim podać wino, co też się stało. I z tego powstała powtarzana do dzisiaj legenda – zżyma się pan Jezus.
Bardzo nas ciekawiło, dlaczego przyszedł ponownie na świat akurat w naszym kraju?
– Bo teraz Polska jest narodem wybranym. Izrael zawiódł, nie dotrzymując danej Stwórcy duchowej obietnicy.
Dla jego ówczesnych przywódców religijnych byłem zbyt młody i niewygodny, więc wydali mnie – wysłannika Stworzyciela – na męczeńską śmierć na krzyżu. Później narodem wybranym były Niemcy, ale poszły drogą ciemności.
Teraz przyszedł czas na Polskę, gdzie tak wielu ludzi deklaruje wiarę, choć jest ona całkiem pusta – orzekł pan Jezus.
Ma świadomość bardzo długiej drogi do wyznaczonego sobie celu.
– Ja przecież nie przyszedłem tu, żeby wraz z moimi apostołami – Tyarą i Mojżeszem – zakładać jakąś sektę, lecz nieść Światło. I choć naród polski w większości zwie się „chrześcijanami”, to wciąż nie wie, że pod swoją strzechą gości Syna Bożego. Żywego z krwi i kości! Nigdy dla ziemskich ludzi nie liczyło się to, czego od nich żąda Bóg, a gdy Boży poseł się pojawiał, był zawsze wyszydzany, wyśmiewany, a często mordowany. To skutek działań Lucyfera i Kościołów, jego najwierniejszych sług. Zwłaszcza Kościoła katolickiego – podkreśla nasz rozmówca.
Jak każdy prorok pan Jezus wyraża się często w sposób niezrozumiały dla człowieka używającego tylko „mózgu przedniego”, ale opinie na temat kat. Kościoła i jego funkcjonariuszy wyraża wyjątkowo precyzyjnie.
– To kolebka zła. Wszystkie dogmaty kościelne są zawiłe i niezrozumiałe, a przecież nauki Stwórcy są proste, nieskomplikowane. Wiara powinna być przejrzysta oraz prawdziwa, a oni posługują się chorymi, nielogicznymi dogmatami i jawnie okłamują ludzi, „poprawiając” interpretację Biblii przy każdym jej kolejnym tłumaczeniu. Nawet ich ubiór świadczy o tym, że ściągają wszystko, co jest ciemne. Chodzi im tylko o władzę i pieniądze. Dla tego, kto im przeszkadzał, mieli zawsze skrytobójczy sztylet lub truciznę, nie mówiąc już o powszechnie znanym procederze palenia na stosach ludzi, którzy mieli objawienia i czuli obecność Stwórcy. Zauważcie, że oni bardziej czczą samą moją Drogę Krzyżową niż doznawane tam przeze mnie cierpienie – punktuje konkurencję pan Jezus.
Czasem też przygląda się jej z bliska:
– Gdy przechodzę obok gigantycznych świątyń, widzę brzęczących ciężkimi łańcuchami urzędników kościelnych, słucham smętnych pieśni i mijam smutnych wyznawców, pytam: po jakiej strawie ludzie mają taki nastrój, kto przyrządził im to paskudztwo?
Czy zatem „kucharze” odpowiedzą kiedyś za swoje łotrostwa?
– Nawet nie przypuszczali, że przyjdę ponownie na ziemię. Jeszcze próbują bronić się przed Bożą Siłą, ale nie ustoją. Możecie być pewni, że oddadzą swojego ducha. Watykan, oparcie dla tej fałszywej religii, dostał już niedawno sygnał, gdy w pobliskiej Abruzji zatrzęsła się ziemia, grzebiąc pod gruzami zawalonych domów kilkuset chrześcijan papieskich i kilka kościołów. Już widzę plagi, które wkrótce spadną bezpośrednio na Rzym – ostrzega prorok.
Na zakończenie pytamy go jeszcze, dlaczego inkasuje dzisiaj pieniądze za „uzdrowienia”, skoro kiedyś czynił to całkiem społecznie.
– W tamtych czasach było przecież zupełnie inaczej. Do 30 roku życia pracowałem jako cieśla, zapewniając rodzinie wikt i opierunek. A gdy już zacząłem głosić Prawdę, ludzie sami dawali mi strawę i dach nad głową, więc nie musiałem troszczyć się o pieniądze na życie. Nie gromadziłem żadnego majątku, bo niby jak miałbym się z nim przemieszczać na osiołku po różnych miasteczkach? Wtedy nie trzeba było płacić za mieszkanie, prąd, gaz i przejazdy… – obezwładnia logiką pan Jezus z Opola.
I trudno nie przyznać mu wiele racji. A czy jest prawdziwy? A Bóg jeden raczy wiedzieć.
ANNA TARCZYŃSKA
Współpraca T.S.
Bezpośredni odnośnik
maj 2, 2009 @ 5:58 pm
· Zamieszczone w kategoriach DORADCA ŻYCIOWY i ZDROWOTNY ·Otagowane Bardzo często pojawia się pytanie, co Bóg w stworzeniu jemu udostępnił., czy człowiek powinien wyrzec się ziemskiego majątku lub przestać się o niego troszczyć w wypadku dążenia do wartości duchowych., Głoszenie takich zasad byłoby co najmniej niedorzeczne! Jeżeli mowa o tym, Jezus Chrystus, jeżeli dąży do królestwa niebieskiego, to nie oznacza to, UZDROWICIEL i JASNOWIDZ, ZIEMSKI MAJĄTEK, że nikomu nie wolno przywiązywać wagi do ziemskiego majątku, że powinien ziemski majątek rozdać lub porzucić i żyć w nędzy. Człowiek może i powinien radośnie korzystać ze wszystkiego

ZIEMSKI MAJĄTEK
74.
Bardzo często pojawia się pytanie, czy człowiek powinien wyrzec się ziemskiego majątku lub przestać się o niego troszczyć w wypadku dążenia do wartości duchowych.
Głoszenie takich zasad byłoby co najmniej niedorzeczne! Jeżeli mowa o tym, że nikomu nie wolno przywiązywać wagi do ziemskiego majątku, jeżeli dąży do królestwa niebieskiego, to nie oznacza to, że powinien ziemski majątek rozdać lub porzucić i żyć w nędzy. Człowiek może i powinien radośnie korzystać ze wszystkiego, co Bóg w stworzeniu jemu udostępnił.
To, że »nie wolno jemu lgnąć« do ziemskiego majątku, oznacza tylko, że człowiek nie powinien dopuścić do tego, aby najwyższym celem jego życia było gromadzenie ziemskiego majątku. Myśl ta nie powinna więc stać się jego obsesją.
Zajmowanie takiego stanowiska odciągałoby go w sposób oczywisty od celów wyższych. Nie interesowałby się nimi i nie miałby na nie czasu, ponieważ wszystkie włókna jego bytu zmierzałyby do jednego tylko celu: do gromadzenia majątku materialnego. To, czy chodziłoby przy tym o majątek jako taki, czy o radości życia z nim się wiążące, nie czyni żadnej różnicy, ponieważ wynik jest w zasadzie zawsze ten sam. Człowiek w ten sposób tylko wiąże się z ziemskim, a tracąc możliwość spoglądania w górę odcina się od możliwości wzlotu.
Ów fałszywy pogląd mówiący, że majątku świeckiego nie można połączyć z dążeniami do wzlotu duchowego, stał się w wypadku wielu ziemskich ludzi także przyczyną powstania niedorzecznego przekonania o niemożności pogodzenia żadnego kierunku duchowego z ziemskim majątkiem, jeśli praca nad duchem ma być traktowana poważnie. O dziwo, ziemska ludzkość nigdy nie uświadomiła sobie, jakie tym szkody sama sobie wyrządziła.
Ludzie ziemscy tym samym odbierają wartość najwyższym darom, do jakich w ogóle mają dostęp: darom duchowym. Ponieważ w wyniku zajmowania owego specyficznego stanowiska wszystkie duchowe dążenia skazane zostały, jak żebracy, na ofiary i datki, to stosunek do kierunków duchowych otrzymał niespostrzeżenie również taką samą etykietkę, jaka cechuje stosunek ludzi do żebraków. Dlatego wszelkie duchowe dążenia nie były traktowane z taką powagą, na jaką w rzeczywistości przede wszystkim zasługiwały.
To było także powodem tego, że wszelkie duchowe dążenia zawierały w sobie już od początku zarodek swej własnej śmierci, ponieważ będąc zależne od dobrej woli ludzi ziemskich nie mogły nigdy mocno stanąć na własnych nogach. Poważnie poszukującemu człowiekowi nie wolno więc nigdy gardzić świeckim majątkiem po prostu dlatego, aby mógł chronić i obronić przed ludzkością to, co dla niego jest najcenniejsze duchowość. Świeckiego majątku powinien w świecie gęstomaterialnym używać jak tarczy, aby mógł odpierać materialne materialnym.
Byłoby w tym przecież coś niezdrowego, gdyby troszczący się o wzlot duchowy pogardzali w czasach materializmu najmocniejszą bronią swych bezwzględnych przeciwników! Byłaby to lekkomyślność mogąca się bardzo mocno zemścić.
Dlatego wy, którzy naprawdę wierzycie, nie pogardzajcie majątkiem świeckim, ponieważ mógł on zostać utworzony także tylko Wolą Boga, którego chcecie przecież czcić! Nigdy nie pozwólcie jednak na to, aby poczucie posiadania świeckiego majątku ukołysało was do snu, lecz używajcie go w zdrowy sposób.
Tak samo trzeba podchodzić do owych szczególnych darów, jakimi są siły mogące leczyć różne choroby lub do innych podobnych zdolności. W swojej naiwności, którą właściwie można nazwać bezczelnością, ludzie ziemscy myślą sobie, że owe właściwości powinni mieć do dyspozycji za darmo, ponieważ ponoć zostały zesłane z duchowości także za darmo, aby z nich korzystać. Dochodzi wręcz do tego, że niektórzy oczekują przejawów specjalnej wdzięczności za to, że w momencie najwyższej potrzeby łaskawie skorzystali z takiej pomocy. Takim ludziom ziemskim nie powinno się pomagać, nawet gdyby była to jedyna rzecz, która mogłaby ich jeszcze uratować!
Obdarzeni takimi zdolnościami powinni najpierw sami nauczyć się bardziej doceniać wartości owego daru ofiarowanego im przez Boga, aby znowu nie rzucali pereł przed wieprze. Jeżeli mają naprawdę pomóc, to potrzebują w tym celu o wiele więcej cielesnej oraz subtelnomaterialnej siły i tak samo zresztą czasu, niż adwokat błyskotliwie broniący klienta lub lekarz odwiedzający swych chorych czy też malarz tworzący obraz. Nikomu nigdy nie wpadłoby do głowy, aby żądać bezpłatnej pomocy od prawnika, lekarza czy malarza. A przecież zdolność kojarzenia faktów, która potrzebna im jest do wykonywania ich zawodów, jest także tylko »Bożym darem« i niczym innym. Odrzućcie wreszcie swoje żebracze łachmany i pokażcie się w szacie, która wam się należy.
Bezpośredni odnośnik